2/5
Miałam nie pisać opinii, jednak patrząc na ilość tych pozytywnych, którymi ja też kierowałam się, może kogoś to uchroni przed doświadczeniem tego samego. Do kliniki przyszłam pierwszy raz na konsultację w sprawie guza przy listwie mlecznej (wykryty przy okazji badań w kierunku zwyrodnienia kręgosłupa). Konsultacja była u dr Dominiaka - zrobił cytologię, wyjaśnił różne możliwości w zależności od rodzaju guza. Wtedy też wspomniał, że możliwe że da się wyciąć jedynie okoliczne sutki, bez wycinania całej listwy (potem doczytałam w internecie że tak się nie robi, bo często guzy rosną dalej przy sutkach na tej samej listwie, ale już nie miałam szans dopytać o te rozbieżności). Z tej konsultacji byłam zadowolona. Gdy były wyniki cytologii, dostałam telefon z informacją że dr Dominiaka nie ma, ale sądząc po wynikach trzeba zrobić zabieg wycięcia całej listwy i kastracji, więc kiedy umawiamy się na operację. To mnie trochę zdziwiło w kontekście słów, które usłyszałam na konsultacji, ale ponieważ była to już druga klinika, która to zalecała, to ustaliłam termin. Moja sunia bardzo nie lubi wizyt u weterynarzy, jest spokojniejsza przy mnie. Dla nas obu taka operacja, pierwsza w jej życiu, to duży stres. Miałam nadzieję, że uda się zostać z nią w chwili usypiania i wybudzania – w tym miejscu nie ma niestety takiej możliwości. To jeszcze byłam w stanie zrozumieć, dużo pacjentów, nie ma na to przestrzeni – no okej. Choć przykre dla mnie i psa. Ale w tych emocjach nie zwróciłam nawet uwagi, co się zadziało w momencie oddawania psa, dotarło to do mnie dopiero po jakimś czasie – poproszono mnie o podpis, ale nie przedstawiono żadnej informacji, nic na kartce, co ja właściwie podpisałam. Tak po prostu proszę o podpis na tablecie i oddajemy psa. Mimo umawianych wizyt i tak czeka się co najmniej 15 min, więc czemu w tym czasie nie pokazano mi nawet na kartce co będę podpisywać? Tak, domyślam się że podpisuję zgodę na zabieg, ale może też przy okazji zgodę na to, że nie będę pisać negatywnej opinii? ;) Wykonanie samego zabiegu trudno mi ocenić, bo nie jestem weterynarzem ani lekarzem. Ale przy oddawaniu psa kolejne moje zdziwienie – przekazano smycz, upewniono się, że mam wydrukowany wypis i „to tyle z naszej strony”. Żadnego spotkania z lekarzem, omówienia co dalej, nic. To z kartki- wypisu, dowiedziałam się że nie ma przerzutów do płuc, że tak, w kręgosłupie są zwyrodnienia (co dalej z tym? Pozostałam z pytaniem), nikt mi nie przekazał, że guz poszedł do badań, musiałam sama „guglować” ile czeka się na wyniki. Ta sytuacja to właściwie największy zarzut, coś co jest dla mnie nie do pomyślenia i nie do przyjęcia po tak dużym zabiegu. W kolejnych dniach były kontrole gojenia się rany, przebiegały poprawnie, choć utrzymywało się uczucie bycia jedynie dostarczycielem psa na wizytę, a nie kimś, z kim warto pogadać. Zdjęcie szwów – nie zdjęto wszystkich, co było bardzo łatwe do wyłapania, gdyby weterynarz przejechał na koniec palcem po szwie. Okej, zdarza się, przeoczenie. Więc przyspieszyłam kolejną kontrolę i zdjęto resztę. Ale znów wyszłam z kliniki z pytaniem w głowie: a jak coś zostało, to nie przejmować się? czy jednak muszą być koniecznie wyjęte? Nie znam się na szwach i nie muszę się znać. Wyniki – tu już wiedziałam, że skoro nikt mi nic nie powiedział, że guz poszedł do badań i ile się czeka i czy to ja mam się kontaktować, to raczej też nikt nie zadzwoni jak wyniki będą. I rzeczywiście, okazało się że już są, ale nie ma lekarza, żeby je omówić. Oddzwoni lekarz, z tym że dr Dominiaka nie ma, więc zrobi to lekarz z którym omawiałam cytologię (jakie omówienie cytologii? Potem zrozumiałam że omówienie, to ta informacja że trzeba zrobić zabieg). Ale nikt nie oddzwonił, dostałam sms że jest na mailu. I znów dostałam kartkę z dwoma zdaniami i zero możliwości porozmawiania z lekarzem. Wiem, że są osoby zadowolone z wizyt, jednak uczulam, że jest to najwyraźniej bardzo losowe jak będzie się potraktowanym. Ja niestety już nie mam ochoty na kontynuowanie leczenia w tym miejscu, mam dość czytania kartek kiedy chodzi o zdrowie mojego psa.